Czasami zastanawiam się, czy nie oczekuję od pracy zbyt wiele, czy nie mam zbyt dużych wymagań. Skoro inni siedzą cicho i z pokorą wypełniają swoje obowiązki, a ja ciągle mam jakieś ale, ciągle jest coś co bym poprawiła, coś musi być ze mną nie tak.

Nie potrafię siedzieć cicho kiedy coś mi nie odpowiada. Staram się to zmienić, nawet jeśli trzeba zaryzykować, powiedzieć na głos to czego inni boją się powiedzieć. Nie potrafię zamknąć ust i czekać, bo przecież może kiedyś wszystko się zmieni, może kiedyś będzie dobrze. Ale w końcu przychodzi moment, w którym człowiek czuje, że granica została przekroczona i dalsza „zabawa” nie ma sensu. Moment, kiedy trzeba przyznać samemu przed sobą, że coś się skończyło i nie ma sensu tego ciągnąć.

Mimo że logika (i inni) zaprzeczają słuszności tej decyzji, jest ciepła posadka trzeba jej pilnować, prestiżowa firma, lepiej już nie będzie, bo gdzie teraz można iść, wszystko będzie gorsze. A ja mimo wszystko, może trochę naiwnie twierdzę, że gdzie indziej będzie lepiej, że będę zmieniać pracę w nieskończoność, aż znajdę tą idealną.

Jeśli coś mi nie pasuje nie potrafię się na to godzić, nie potrafię się godzić na pewne zachowania i wierzę, że gdzieś tam jest jednak lepiej. Nie zacisnę zębów, bo inni tak robią. I nie patrząc na zdanie innych zrobię to co ja uważam za słuszne. Pewnie kolejny raz usłyszę, że tak się nie postępuje, że w ten sposób niczego nie osiągnę. Ale w końcu to moje życie i to ja zrobię z nim to co chcę, a za rady innych podziękuję.